Tajemne przejście łączące Pałac Siemczyno z kościołem

  • KW
  • 2016-10-26 10:17:43
Tajemne przejście łączące Pałac Siemczyno z kościołem
  • Foto: archiwum Pałacu Siemczyno/kapliczka ufundowana przez von der Goltza w 1699 roku (jest nieco starsza - o ponad 20 lat -

Dotychczasowy przebieg Akcji Eksploracyjno – Historycznej „Jezioro Tajemnic” udowadnia stare twierdzenie, że w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Przy okazji odkrycia podziemnego tunelu na terenie Pałacu Siemczyno pisaliśmy, że cząstkowe badania georadarem wskazują na możliwość istnienia tam całej ich sieci. To twierdzenie ma odbicie także w starej legendzie.

Bardzo popularna wśród mieszkańców Siemczyna i okolic jest legenda o tunelu łączącym pałac z kościołem – mówi Bogdan Andziak, współwłaściciel Pałacu Siemczyno i wielki miłośnik historii tych ziem. I tak ona się zaczyna: Kapliczka, którą możny pan Wilhelm Goltz z rodziną często osobiście odwiedzał była misterna jak rodowy klejnot, z zewnątrz skromna, z wysoko umieszczonymi witrażowymi oknami i wąskimi drzwiczkami. W środku zaś prawdziwe cacko – bajecznie kolorowe ściany, złote gwiazdki na granatowym jak noc suficie, mnóstwo rzeźbionych, świętych figurek, kwiatów i rodowych ornamentów. Do tego niezwykłego pomieszczenia, przez maleńkie, umieszczone w zakrystii drzwiczki, pozwolono wchodzić tylko jednej osóbce, kilkunastoletniej córce organisty. Miała kapliczkę sprzątać i dekorować co niedziela świeżymi kwiatami, a przed mszą zapalać świece. Aby je pogasić, dziewczyna mogła wrócić dopiero po zachodzie słońca. Ten kategoryczny zakaz wcześniejszego wchodzenia do kaplicy, trochę dziwił dziewczynę, ale wolała nie ryzykować zadawania zbędnych pytań.

Pewnego razu jednak, gdy już rozpoczęło się niedzielne nabożeństwo, dziewczyna przypomniała sobie, że nie zapaliła świec. - Co robić? Co robić? – myślała przerażona. Ksiądz zaraz wychodzi do ołtarza, ojciec zaczyna już grać pieśń na wyjście, państwo jak zwykle w pierwszym rzędzie klęczą, zapatrzeni w święte obrazy, kościół pełen ludzi… Może by się przemknąć i zapalić te nieszczęsne świece? Ale czy zdąży? Jest ich tak wiele… Cichutko otworzyła drzwiczki i… prawie krzyknęła z wrażenia. Przed ołtarzem obok rozmodlonych państwa Goltzów, na pięknym, obijanym aksamitem foteliku, siedział złotowłosy chłopiec! Wpatrzony w promienie słońca, barwione witrażowymi płytkami, nie od razu ją zauważył. Był taki spokojny, miał niesamowitą, jasną twarz… Tylko dlaczego się nie ruszał? Od stóp aż po ramiona okryty był tkanym złotą nitką pledem, wyglądał jak figurka odpoczywającego po locie anioła. Ta jego jasna, promienna twarz… Dziewczyna, chcąc sprawdzić, czy jej się to nie śni, dotknęła delikatnie złotych włosów chłopca. Ten ocknął się, uśmiechnął i zapytał po prostu: - Kim jesteś?

Dzieci zaprzyjaźniły się ze sobą i odtąd oczekiwały niecierpliwie na te niedzielne spotkania. Chłopiec miał niewładne nogi i ręce. Rodzice nie chcieli go narażać na kpiny ze strony złych i podłych ludzi. W tamtych czasach ludzie byli mało tolerancyjni i ułomność nie zawsze wywoływała tylko współczucie. Goltzowie zbudowali dla chłopca podziemne przejście prowadzące z pałacu do pięknej kaplicy, żeby dziecko mogło modlić się w ich towarzystwie, unikając jednocześnie złych spojrzeń. Przyjaźń syna z sympatyczną córką organisty nie przeszkadzała szlachetnym i mądrym rodzicom, zwłaszcza, że chłopiec nie mógł się doczekać kolejnych spotkań ze swą nową przyjaciółką.

Mijały lata. W jeden z ponurych, jesiennych dni mały Fryderyk poczuł się bardzo źle. Po kilku pełnych cierpienia dniach i nocach chłopiec zmarł. W niedzielę jak zwykle córka organisty przyszła do kaplicy, żeby spotkać się z przyjacielem. Przeżyła jednak wielkie rozczarowanie. Byli tam tylko ubrani na czarno rodzice chłopca. Z ich twarzy biła nieopisana rozpacz i zwątpienie. Dziewczynka zrozumiała co się stało i łzy gęstą strugą popłynęły z jej oczu. Nagle spostrzegła gołębia, który usiadł na parapecie uchylonego, podłużnego okienka. Dziwny jakiś ten gołąb, tak natarczywie jej się przygląda, przechylając główkę i gruchając zachęcająco. W jego srebrzystym upierzeniu pobłyskiwały wyraźnie pojedyncze złote piórka. Nikt w Heinrichsdorf (Siemczynie) nie widział dotąd tak upierzonego gołębia, ale córka organisty wiedziała już dlaczego taki cudak pojawił się właśnie tej niedzieli w Heinrichsdorfowskiej kaplicy. Przez jej strapioną twarz przebiegła drobna iskierka radości.
Po wielu latach zmarła również córka organisty. Ludzie w Siemczynie opowiadają, że po jej śmierci każdej niedzieli słychać w kaplicy gruchanie pary gołębi. Ktoś zaklinał się, że je widział, jak wlatywały do podziemnej krypty, gdzie miało się znajdować tajemne przejście do pałacu… Czy i w tej legendzie tkwi ziarno prawdy?

info: Powiat Drawski

Dodaj komentarz

Aby kontynuować, proszę zaznaczyć pole poniżej: